
szukam własnego cienia
w zatłoczonym mieście gwiazdorskiego Ja
jakby nie można było odejść bez śladu
wytatuowanego w ludzką myśl
w końcu to ja staję przed własnym lustrem
a nie znajduję nic by to posiąść na wieki
.
rozlewam się kruszeję na drobne
płatki śniegu grubo sypią się na ziemię
jakby nie można było postawić stopy
nim oko dostrzeże podłoże
w końcu to ja moje nozdrza rozchylam
by wypić do resztki haust kwintesencji
.
rzucam wszystko dręczony
wyrzutem cieni własnej prawdziwej istoty
jakby Ja wchłonęło się we mnie
a zamilkło w pojedynczym skowycie
w końcu to ja jestem całością
nie trupią watahą niekończących się roszczeń
2020 01 07
