lawirujesz pomiędzy przymusem a powinnością
krajobraz za ścianką oka przewija się
niczym nić uchwycona uwolniona szpulka
myślisz sam nie wiem osamotniony czy samotny
upiory tego świata doganiają prywatne
nie tylko Syzyf miał swój głaz
.
miękki lód pod stopami czasu
nikt nie szepcze do ucha otuchy
pokurczony w sobie twój odwagi lew
jakby w klatce zamknięty przez ostrożność
wiem dobrze zbudzisz się wytęskniony
skulony rozłożysz jeszcze swe skrzydła na wietrze
.
plądrujesz pomiędzy jasnością dnia i głębią nocy
gdy nikt nie przypomniał ci o sobie
dogoniłeś wszystkie cienie zszedłeś do krateru
znasz byłeś w każdym wgłębieniu nocy
dotknąłeś dnia jasności przejrzystego smaku
nie tylko drogi mają swoje zakręty
.
płyniesz oswobodzony zmiennym nurtem
poza zawiasem czasu rzuconego na żer
niby nic nie zmieniło się wokół
tylko ty jakby inną perspektywą…
każdy sęk przyozdobił cię w głębię
gdy przymioty mądrości pojawiały się znikąd
2017 01 21
