.
podnoszę do ust mój miecz
kuty z rękojeścią
obosiecznie ciosam dym wypuszczany
z tchu zawiłych opowieści
nie mam sobie równych niczym bóg
w niebiańskim rydwanie
.
zgraja ludzkich emocji opasa mnie
niczym wąż zawiły
na mych skroniach strużka potu
rozlana za trud znoju
wysuwa się z mych rąk karafka
wina rozlanego za pokój
.
spijam z ust niepokoju obłęd
zasiany wczesną paranoją
każdy mój nienazwany krok
przybliża mnie do krawędzi
wzburzona fala rozbija się o klif
gdy piasek wędruje po pustyni
.
miliony pustych słów drążą koryta
odsuwam miecz i zgiełk
zastygam w kompletnej ciszy
która słucha i przemawia
nie ma mnie choć jestem jako żywy
zarozumiały do granic nieskończoności
2018 06 18
